Tegoroczne wakacje miały wyglądać zupełnie inaczej. W planach była Skandynawia – majestatyczne fiordy, błękitne jęzory lodowców i białe noce, które podobno zostają w pamięci na całe życie. Jednak wystarczyło kilka chłodniejszych dni u nas, by pojawiła się myśl: skoro tutaj jest zimno, to tam będzie jeszcze chłodniej. Decyzja zapadła szybko – jedziemy na południe, tam, gdzie słońce jest niemal gwarantowane.
Ruszyliśmy przez Czechy w kierunku Węgier. Nigdy wcześniej tam nie byliśmy, więc wszystko było dla nas nowe. Na pierwszy przystanek wybraliśmy Sárvár – niewielkie, urocze miasteczko, które od razu skradło nasze serca. Relaks w termach, spacer wokół zamku i wieczór na pięknym, klimatycznym rynku sprawiły, że aż chciało się zostać dłużej. Trafiliśmy też na świetny hotelik – jeśli ktoś będzie planował podobną trasę, z przyjemnością mogę polecić sprawdzony adres.
Same Węgry zaskoczyły nas swoją swojskością. Małe pola, wsie przypominające nasze rodzinne strony, życzliwi ludzie, mnóstwo bocianów, a przy drogach niezliczone krzyże i kapliczki. Wszystko to tworzyło atmosferę spokoju i prostoty, jakby czas płynął tam trochę wolniej.
Głównym celem podróży była jednak słoneczna Dalmacja. Ciepłe morze, błękitne niebo, wszechobecny głośny dźwięk cykad i srebrzyste gaje oliwne – właśnie za tym tęskniliśmy. To już nasz siódmy pobyt w maleńkiej wiosce niedaleko Zadaru. Są miejsca, do których wraca się z sentymentu, bo dają poczucie, że jest się u siebie. Dla nas właśnie takim miejscem jest ten zakątek Chorwacji. Oczywiście numer jeden to ciągle Wisełka:)
A Zadar... Zadar uwielbiam. Za jego wąskie kamienne uliczki, które zachęcają do niespiesznych spacerów, za zabytki przypominające o wielowiekowej historii i za niezwykłe Morskie Organy, gdzie muzykę tworzą fale Adriatyku. Każda wizyta odkrywa przede mną coś nowego, choć wydaje się, że znam to miasto już bardzo dobrze.
Po tygodniu spędzonym w cieple nadszedł czas powrotu. Tym razem trasa prowadziła przez Słowenię i Austrię. Na noc zatrzymaliśmy się w Wiedniu, w kolejnym uroczym hoteliku, który również mogę z czystym sumieniem polecić.
Najważniejszym punktem pobytu był pałac Schönbrunn. Rozległe ogrody, imponujące wnętrza i historia Habsburgów robią ogromne wrażenie. Szczególnie zapadła mi w pamięć opowieść o cesarzowej Marii Teresie i jej mężu Franciszku Stefanie. Wśród licznych historii o dynastycznych małżeństwach ich związek wyróżniał się tym, że był oparty nie tylko na polityce, ale także na wzajemnym uczuciu i szacunku. To romantyczny akcent, który dodaje temu miejscu jeszcze więcej uroku.
![]() |
| Obowiązkowy tutaj Tort Sachera:) |
Potem została już tylko droga do domu – ponownie przez Czechy. Kolejna wyprawa dobiegła końca. Choć nie zobaczyliśmy w tym roku fiordów ani lodowców, zyskaliśmy coś równie cennego: nowe miejsca, nowe wspomnienia i kolejne dowody na to, że czasem najlepsze podróże zaczynają się od zmiany planów. Skandynawia poczeka. A południe Europy po raz kolejny przypomniało nam, jak pięknie jest po prostu ruszyć przed siebie.































































