Dziś trochę zdjęć z kwitnącego Aberdeen. Właśnie tak o tej porze roku wygląda miasto w którym spędziłam 14 lat:
Zdrowych, spokojnych Świąt Wielkanocnych i pięknej wiosny:)
Dziś trochę zdjęć z kwitnącego Aberdeen. Właśnie tak o tej porze roku wygląda miasto w którym spędziłam 14 lat:
Zdrowych, spokojnych Świąt Wielkanocnych i pięknej wiosny:)
Ale od początku:
W dolinie (Szkocja), gdzie mgła spływa miękko z wrzosowych wzgórz, rósł krąg starych olch. Ich pnie były poskręcane jak dłonie starców. Kora ciemna, popękana, a korzenie wchodziły głęboko w wilgotną ziemię nad strumieniem, który szumiał nieustannie – jakby opowiadał historię, którą ja chciałabym usłyszeć.... Mieszkaliśmy na obrzeżach miasta Aberdeen, wystarczyło wyjść z domu i po chwili byłam na łąkach, zagajnikach. Chodziłam tam często, bez celu, pozwalając ścieżkom prowadzić się.
Była jednak jedna droga, której długo unikałam.
Wąska, niemal niewidoczna ścieżka odchylała się od głównego traktu i ginęła wśród mokradeł. Zawsze, gdy ją mijałam, czułam coś dziwnego — nie strach, raczej przyciąganie. Jak ciche wołanie, którego nie da się usłyszeć uszami, ale które osiada gdzieś głęboko pod skórą.
Na jej końcu rosły olchy.
Stały w kręgu, stare i powykręcane..
Często tylko patrzyłam na nie z daleka.
Aż pewnego dnia skręciłam. Pamiętam był to czas pandemii..
Trawy sięgały mi do kolan, ziemia uginała się pod stopami. Każdy krok wydawał się nie tylko ruchem w przestrzeni, ale i w czasie. Kiedy dotarłam do kręgu, poczułam nagłe uspokojenie — jakby coś we mnie wreszcie przestało się opierać.
Usiadłam nad strumieniem.
Woda płynęła spokojnie, odbijając poskręcane sylwetki drzew. Słuchałam. Najpierw tylko szumu — wody, liści, wiatru. Potem zaczęły się wyłaniać inne dźwięki. Głębsze. Starsze. Nie przypominały słów, a jednak coś rozumiałam.
I wtedy to usłyszałam a raczej poczułam..
— Witaj, siostro.
Nie podniosłam głowy. Nie przestraszyłam się. To słowo było zbyt znajome, zbyt miękkie, by mogło należeć do obcego świata. Przeciwnie — miałam wrażenie, że wróciłam w miejsce, które znałam, tylko o nim zapomniałam.
Siedziałam tam długo. Nie wiem jak długo. Czas się rozpuścił, przestał mieć znaczenie.
Kiedy wróciłam na ścieżkę, wiedziałam już, że coś się zmieniło. Nie w miejscu — ono było takie samo — ale we mnie. Potem bardzo często przychodziłam w to miejsce, czułam się tam dobrze..
Minął jakiś czas.
Wyjechałam daleko od Szkocji - do domu:). Na początku wydawało mi się, że to, co wydarzyło się wtedy, zostawiłam tam — wśród mokradeł, przy tym strumieniu.
Ale wołanie nie zniknęło.
Zaczęłam więc szukać.
Nieświadomie, potem już całkiem świadomie — wypatrywałam olch wszędzie, gdzie byłam. Nad rzekami, przy rowach, na skrajach łąk. Jakbym próbowała odnaleźć coś znajomego.
I znalazłam je.
Tutaj, gdzie teraz mieszkam, też rosną olchy.
Są inne.
Bardziej smukłe, wyższe, ich pnie nie są tak powykręcane, lecz raczej wiotkie, jakby poddawały się wiatrowi zamiast z nim walczyć. Ich kora jest gładsza, mech mniej gęsty, a światło przenika między gałęziami lżej, jakby to miejsce oddychało inaczej.
A jednak są równie piękne.
I równie tajemnicze.
Kiedy stoję między nimi, czuję znajome drżenie — subtelne, ciche. Nie tak głębokie jak tamto, szkockie. Jak echo, które nie próbuje zastąpić źródła, tylko przypomina, że ono istnieje.
Czasem siadam przy nich i zamykam oczy.
Słucham.
Tu nie słyszę słów tak wyraźnie jak wtedy. Nie ma głosu, który mówi „witaj”. Jest raczej coś delikatniejszego — jakby dotyk na granicy świadomości. Jakby ktoś patrzył, ale bez oczekiwań.
I wtedy rozumiem jeszcze coś.
To nie chodziło tylko o tamto miejsce.
Olchy są jak przejścia.
Różne, zmienne, zakorzenione w innych ziemiach, ale połączone czymś głębszym niż krajobraz. Każda z nich niesie inny ton tej samej opowieści.
A ja…
ja wciąż ją słyszę.
Nawet tutaj.
Zwłaszcza tutaj.
Bo choć krąg ze Szkocji był początkiem, to wołanie nie należy do jednego miejsca.
Ono po prostu znalazło mnie.
I wciąż, cicho, cierpliwie, przypomina:
— Witaj, siostro.
Dzisiaj byłam wśród „moich” tutejszych olch, czuję do nich wielki sentyment..
Mam dużo zdjęć z olchowego kręgu - ale muszę je odszukać.. Kiedyś się nimi podzielę:)
Szlak prowadził przez Dębowe Wzgórza. Prosta ścieżka ciągnęła się przed nami spokojnie, po jednej stronie otwierał się las, cichy i pełen zimowego światła, po drugiej zaś stroma skarpa, porośnięta starymi dębami, których pnie pamiętały więcej lat, niż potrafiłabym policzyć. Gałęzie rysowały na niebie delikatne, ciemne linie, jak zapis dawnej opowieści.
To jest ścieżka znana mi od dzieciństwa. Każdy zakręt, każdy kamień budzi wspomnienia: szybkie kroki sprzed lat, śmiech niesiony echem, ciepło dłoni, które kiedyś prowadziły mnie tą drogą. Nostalgia przyszła cicho, ale nie była smutna. Przyniosła raczej łagodną radość i zadumę, jakby czas na chwilę pozwolił mi zajrzeć do własnej przeszłości bez żalu.
Im bliżej końca ścieżki, tym wyraźniej czułam znajome oczekiwanie. I wreszcie pojawił się on — piękny, rozłożysty dąb Jarosław. Stał dumnie na skraju wzgórza, szeroko rozkładając konary, jakby witał każdego, kto tu docierał. Słońce przesączało się przez jego gałęzie, złocąc korę i trawę u stóp.
Zatrzymałam się na chwilę w ciszy. W tym jednym miejscu spotkały się wszystkie czasy: dzieciństwo, dorosłość i ta spokojna niedziela stycznia. I pomyślałam, że są takie ścieżki, które prowadzą nie tylko przez las i wzgórza, lecz także w głąb samego siebie.
Właśnie ta ścieżka jest czymś więcej niż tylko drogą między lasem a skarpą.
Bo kiedy szłam nią tego styczniowego dnia, nie byłam sama. Obok mnie szły cienie dawnych kroków mojej Mamy, cichy ślad jej obecności. Ten sam błękit nieba, to samo słońce mogło kiedyś ogrzewać jej twarz. Te same dęby mogły szumieć nad jej myślami, gdy tędy spacerowała, może zamyślona, może uśmiechnięta, może niosąca w sercu troski i nadzieje, których nigdy do końca nie poznałam.
Ścieżka zna nas obie. Pamięta rozmowy i milczenie. Dlatego to miejsce jest magiczne.
Kiedy stanęłam przy dębie Jarosławie, czas znów na chwilę się zatrzymał. Jakby drzewo było strażnikiem wspomnień, łącznikiem między pokoleniami. W jego szerokich konarach mogłam odnaleźć nie tylko własne dzieciństwo, lecz także cząstkę życia mojej Mamy — jej ślady, jej obecność, jej czułość ukrytą w ciszy.
I może właśnie w tym tkwi prawdziwa magia tego miejsca: że pozwala na spotkanie z tymi, którzy są już tylko wspomnieniem..
I chociaż opuściłam to miejsce na długo, zawsze gdzieś w głębi serca wiedziałam, że tu wrócę. Życie prowadziło mnie daleko, w inne miasta, w inne sprawy, w dni pełne pośpiechu i decyzji, które nie zostawiały miejsca na wspomnienia. A jednak, ilekroć zamykałam oczy, widziałam tę prostą ścieżkę, dębowe wzgórza i jasne niebo nad skarpą.
Nie wraca się tu przypadkiem. Do takich miejsc wraca się wtedy, gdy człowiek jest gotów znów spotkać samego siebie. Gdy chce posłuchać ciszy, w której wciąż brzmi głos Mamy, i odnaleźć w niej odpowiedzi, których nie da się znaleźć nigdzie indziej.
Każdy krok był powrotem — nie tylko do krajobrazu, lecz do tamtej dziewczynki, która biegła tą drogą bez trosk, i do kobiety, którą dziś jestem. I nagle zrozumiałam, że choć czas zabiera ludzi i zmienia wszystko, są miejsca, które czekają cierpliwie. Dąb Jarosław wciąż stoi na końcu ścieżki. Tak samo rozłożysty, tak samo spokojny. Jakby mówił bez słów: „Wiedziałem, że wrócisz”.
I wtedy poczułam, że niektóre powroty są zapisane w sercu na długo przed tym, nim się wydarzą.
Ps. Nazwy: Dębowe Wzgórza, dąb Jarosław powstały gdy zaczęła się moja fascynacja Anią z Zielonego Wzgórza:) Nie ma ich na mapie, są znane tylko moim najbliższym:))
To ten moment — cienka granica między dniem a zmierzchem — kiedy wszystko zdaje się zatrzymać. Powietrze staje się chłodne i przejrzyste, a ostatnie promienie słońca muskają szczyty niczym pożegnanie. Cisza gór nabiera wtedy głębi, a serce — dziwnego spokoju.
Patrząc na ten krajobraz, trudno nie pomyśleć, że to od nas zależy, jak chcemy żyć. Czy potrafimy dostrzec rytm natury i iść z nim w zgodzie — czy wciąż pędzimy do przodu, goniąc za czymś, co być może wcale nie daje nam ukojenia. Jesień przypomina, że w prostocie i ciszy jest siła. Że światło ustępujące nocy nie znika, tylko zmienia barwy.
I że czasem warto się zatrzymać — tak jak słońce nad górami — by naprawdę zobaczyć, jak piękny jest świat tu i teraz.
Spektakl ma doskonałe recenzje - czytałam je po obejrzeniu, już w domu. Może ktoś oglądał Priscillę?Jestem ciekawa wrażeń:) Ja już wiem, że nie jestem fanką teatru nowoczesnego.
Dzień we Wrocławiu mimo wszystko był udany:). Nie żałuję, że obejrzałam ten spektakl - to było absolutnie coś nowego, ale na przyszłość będziemy bardziej uważać kupując bilety:)
Pozdrawiam:)
O praskich zabytkach można pisać nieskończenie, ja podzielę się zdjęciami. Ismena na swoim blogu pięknie pisze o Pradze, kto ciekaw może tam zajrzeć:)
Franz Kafka, jeden z najważniejszych pisarzy XX wieku, urodził się i wychował właśnie w Pradze.
![]() |
| Obrotowa głowa Franza Kafki |
Zapraszam na spacer po Pradze (dużo zdjęć :)))
![]() |
| Most Karola |
![]() |
| Słynny zegar Orloj |
![]() |
| Rzeźby Davida Ćernego |
![]() |
| Praskie Dzieciątko Jezus |
Miasto przetrwało II wojnę światową niemal bez zniszczeń, dzięki czemu wiele średniowiecznych budynków zachowało się w oryginalnym stanie.
Najlepiej zwiedzać Pragę pieszo – większość zabytków znajduje się blisko siebie. A jeśli chcielibyście poczuć magię miasta, można wybrać się na rejs po Wełtawie o zachodzie słońca – widoki są niezapomniane .
Praga to także znakomita kuchnia, piwo warzone z tradycją i wyjątkowy klimat, który sprawia, że chce się tu wracać.